W miłości nie liczy się to,
czego pragniemy, lecz to, co możemy dać.
recenzja filmu 'Tańcząc w ciemnościach'Lars von
Trier od dawna nosił się z zamiarem zrobienia musicalu. Fascynował się nimi jako
dziecko, choć rodzice-komuniści usiłowali wpoić mu, że wszystkie musicale to
"amerykańskie brednie". Nie uwierzył. Pomysł zrealizował, a jury
tegorocznego festiwalu w Cannes nagrodziło jego wysiłki Złotą Palmą. "Tańcząc
w ciemnościach" to musical, jakiego jeszcze nie widzieliście.
Małe przemysłowe miasto gdzieś w Ameryce. Jedynym
źródłem utrzymania dla większości mieszkańców jest praca w tutejszej fabryce. Jedną
z pracownic jest Selma, imigrantka z Czech, wychowująca samotnie dziecko. Żyje skromnie;
niemal wszystko, co zarobi, odkłada. Selma ukrywa smutną prawdę: traci wzrok. Całe jej
życie powoli usuwa się w ciemność. Ale ona nie myśli o sobie. Najbardziej dręczy ją
to, że podobny los spotka jej syna - Gene'a. Postanawia temu zapobiec, wysyłając
chłopca na kosztowną i skomplikowaną operację. Uzbierała już prawie całą
potrzebną sumę. Sprawy przybierają jednak tragiczny dla Selmy obrót, a uratowanie
Gene'a od ślepoty staje pod wielkim znakiem zapytania.
Gdzie tu miejsce na śmiech i taniec,
charakterystyczną lekkość, do której przyzwyczaiły nas amerykańskie produkcje z
Gene'em Kelly czy Fredem Astairem? To przecież klasyczny dramat, nie musical... A jednak.
Według reżysera, niektóre musicale są jak operetki, nie wymagają od widza powagi, nie
płacze się na nich. Na przykład "Deszczowa piosenka" jest w takim rozumieniu
operetką. Ale są również musicale-opery, np. takie jak "West Side Story".
Ich tematem są sprawy o wiele poważniejsze, skłaniające widzów do zadumy nad losem
bohaterów. Von Trier chciał, żeby widzowie potraktowali "Tańcząc w
ciemnościach" tak poważnie jak operę. "Uznałem, że realizacja musicalu o
poważnej tematyce może być bardzo interesująca" - mówił.
Selma uwielbia musicale. Odnajduje w nich to, czego
brakuje jej w realnym świecie. Muzyka i taniec są dla niej ucieczką od smutnej,
pozbawionej kształtów i kolorów rzeczywistości. Najdrobniejszy gest, słowo, szelest
czy dźwięk inspirują ją do tworzenia w wyobraźni fragmentów wielkiego musicalu. Jej
musicalu, w którym ścierają się wszystkie melodie, arie, dźwięki, instrumenty i
kroki taneczne, jakie widziała lub słyszała w kinie. Selma nie potrzebuje żadnych
instrumentów ani specjalnych dodatkowych rekwizytów. Z odgłosów, które towarzyszą
jej przy pracy - hałasu maszyn czy stukania narzędzi - wyczarowuje wspaniały muzyczny
świat. Piosenki mają w nim niebagatelne znaczenie. To piosenki-historie,
piosenki-dialogi Selmy z samą sobą.
Widz, który nigdy wcześniej nie zetknął się z twórczością
von Triera może poczuć się nieco zagubiony i oszołomiony jego wizją. Reżyser
zestawił bowiem pogodne sceny musicalowe ze stylem charakterystycznym dla filmu
dokumentalnego, mającym podkreślić autentyczność opowiadanej historii. Potrzeba kilku
chwil, by oswoić się z konwencją. Tym, którzy widzieli "Przełamując fale"
i "Idiotów" taki "szok" nie grozi.
Film niesie ze sobą tak potężny ładunek emocji,
że bardziej wrażliwym radzę przygotować do kina chusteczki. Wielka w tym zasługa Björk,
której udało się stworzyć postać z krwi i kości. Obserwując grę aktorki, ma się
wrażenie, że cierpienie Selmy jest i jej cierpieniem. Takie utożsamienie się
kompozytorki z postacią, którą grała, pomogło jej również w stworzeniu
przepięknej, wyrażającej uczucia Selmy muzyki. "Starałam się wsłuchać w to, co
gra w zbolałej duszy Selmy. Mam wrażenie, że udało mi się stworzyć muzykę bardzo
wiarygodną" - mówiła aktorka. Björk początkowo nie podzielała przekonania
reżysera, że ta sama osoba powinna grać postać Selmy i napisać jej piosenki. Wkrótce
jednak dostrzegła, jaki był jego zamysł. Należą się jej wielkie brawa.
Agnieszka Wilewska 'Cinema' październik 2000 nr 10 (62) |