| Męczeństwo S. Jezkowej Tak, to prawda - "Tańcząc w
ciemnościach" przypomina w wielu elementach "Przełamując fale". Selma
jest przecież innym wcieleniem Bess, prostej, nadwrażliwej dziewczyny, składającej
ofiarę z samej siebię w imię miłości. Jej osobisty dramat, przeciwstawiany bezdusznym
prawom społecznym, ponownie zarejestrowany został niespokojną kamerą Robby'ego
Müllera, której natarczywa, intensywna obecność potęguje emocje, jakie niesie
fabuła. Nawet ilustrowane znanymi przebojami kolorowe obrazki, otwierające kolejne
rozdziały "Przełamując fale", mają swoje odpowiedniki w musicalowych wizjach
Selmy.
Czyżby więc von Trier stawał się swoim epigonem? Czyżby
bezwstydnie eksploatował wynalezioną przez siebie formułę, która zapewnia mu poklask
krytyków i zainteresowanie publiczności? Nawet jeśli odpowiedź na to pytanie brzmi
"tak", przyznać muszę, że nic a nic mi to nie przeszkadza. Siła
reżyserskiego talentu von Triera, jest bowiem porażająca i to ona sprawia, że w czasie
seansu zapomina się o wszelkich analogiach i wątpliwościach. "Tańcząc w
ciemnościach" to jeden z tych bardzo niewielu filmów, które się odbiera całym
ciałem: głową, sercem, trzewiami, genitaliami. Uderza z takim impetem, że trudno się
po wszystkim pozbierać. Coś podobnego przeżyłem ostatnio w kinie jeszcze tylko przy
okazji "Wszystko o mojej matce" Almodóvara.
Omawiając film von Triera, należałoby się cofnąć ponad 70 lat, do
"Męczeństwa Joanny D'Arc" Carla Theodora Deyera - wielkiego duńskiego
twórcy, którego reżyser "Idiotów" uważa za swego duchowego mistrza.
Nietrudno zauważyć, że "Przełamując fale" czy "Tańcząc w
ciemnościach" są próbą osiągnięcia tego samego rodzaju ekspresji, jaki przenika
Dreyerowskie arcydzieło. I Tak jak przd laty reżyser do celu dochodzi dzięki aktorce.
Można nawet doszukiwać się podobieństw między sposobem traktowania Renée Falconetti
przez Dreyera a stosunkiem von Triera do Björk na planie filmowym. POdobno autor
"Męczeństwa..." dręczył odtwórczynię głównej roli niczym inkwizytorzy
Joannę D'Arc. Bez wątpienia ból, cierpieni filmowej Dziwicy Orleańskiej, jej godność
w obliczu upokorzenia wykraczają poza granice najlepszego nawet udawania. O współpracy
Triera i Björk także krążą różne opowieści. (może, jak było naprawdę, pokaże
dokument nakręćony podczas realizacji "Tańcząc w ciemnościach"). Końcowy
efekt jest natomiast fenomenalny. Falconetti nigdy więcej nie wystąpiła w filmie.
Także Björk zapowiedziała, że to jej pierwszy i ostatni występ w kinie. Trudno się
dziwić - po tak całościowej, sięgającej najwyższych rejestrów kreacji właściwie
już nie ma potrzeby niczego więcej grać.
Ponieważ von Trier obmyślił swój film jako musical, nie da się
ucic od interpretowania "Tańcząc w ciemnościach" w kategorich "gry z
konwencją". Fabuła całkowicie zaprzecza stwerdzeniu Selmy, że "musicalach
nic strasznego się nie dzieje". Nawet te sekwencje, gdy bohaterka zmienia opresyjną
rzeczywistość w taniec i śpiew nie mają w sobie nic z beztroski i rozmachu
tradycyjnych filmów muzycznych. Podkreślają raczej smutek i grazę zdarzeń. Gdyby
szukać pokrewnych dzieł Duńczyka utworów w historii gatunku, najbliższy byłby pewnie
"Cały ten zgiełk" Fosse'a - musical o śmierci. Choć i jego hollywoodzki
blask nijak się ma surowości filmu von Triera. "Tańcząc w ciemnościach"
porównać można tylko z dokonaniami "teatrów tańca" (przypomina się
chociażby Pina Bausch i jej wersja "Świata wiosny" Strawińskiego), które
muzyka, ruchem, gestem wyrażają te - czasmi ekstremalne, czasmi dwuznaczne - stany
ludzkiej egzystencji, których już nie obejmują słowa.
Mamy w filmie odwołanie do jeszcze jednej konwencji. Pierwsza część
stanowi dogmowy odpowiednik amerykańskiego kina obyczajowego. Czeska emigrantka, uboga
robotnica żyje w małym miasteczku, gdzieś w Stanach, otoczona skromnymi, przyjanymi jej
ludźmi. Ot, taki ciepły humanizm. I chociaż szybko dowiadujemy się, że cierpi ona na
postępującą ślepotę, nie mamy powodów by nie wierzyć, że wszystko skończy się
jakimś "happy endem". Albo bohaterka wyzdrowieje, albo pogodzi się ze swym
losem, za co w nagrodę zostanie, na przykład, sławną niewidomą tancerką. Tym
większy więc szok, gdy nagle dokonuje się zwrot i ten sielski obraz ulega całkowitemu
rozpadowi.
U von Triera nie ma godzenia się z losem, gdyz jest on zawsze złem.
Bess, Selma, także Karen z "Idiotów" stają raczej ponad swoim losem, one po
prostu nie przyjmują go do wiadomości. "Tańcząc w ciemnościach" porusza tak
mocno nie dlatego, że reżyser przewrotnie potraktował filmowe konwencje.
Najistotniejszy jest tu dramt formy. A właściwie nie dramat, tylko juz tragedia.Bowiem
wyzwalanie się z formy, którą w przypadku Selmy określa jej kalectwo, podrzęden
miejsce w społeczności i splot niszczęśliwych wydarzeń, prowadzi do wyzwolenia się z
życia. Czyli do śmierci. Selma mówi w pewnej chwili, że wychodzi z kina przed
finałową sceną musicalu, by nie widzieć słowa "The End". Z życiem nie
można powtórzyć tej sztuczki. Dla Selmy okazuje się ono wielkim oszustwem, w której
jedyną prawdą są jej taneczne wizje. Ale śmierć to żadne rozwiązanie, to tylko
przemoc.
Tym razem nie będzie cudu. Nie dowiemy się nawet, czy ofiara Selmy
była potrzebna, czy jej syn zostanie wyleczony. Reżyser nie stawia, na szczęscie,
kropki nad "i", tak jak to uczynił w epilogu "Przełamując fale". I,
między innymi, z tego powodu ostatnia scena "Tańcząc w ciemnościach" stanowi
dla mnie apogeum współczesnego kina. Jest doświadczeniem ostatecznego lęku i
ostatecznej samotności.
Bartosz Żurawiecki FILM październik 2000
Dziękuje redakcji Filmu za zezwolenie na opublikowanie
powyższego artykułu |